Lunia 0
Lunia

 

Trochę długo to trwało, ale już jest. Zostałam poproszona o namalowanie obrazu Modiglianiego. Wyzwanie podjęłam, ale oczywiście z zastrzeżeniem,że to moja wersja dzieła. No i jest oto -skończona. Słów kilka o Modiglianim: Włoski malarz i rzeźbiarz o żydowskich korzeniach. Najczęściej malował portrety kobiet o długich szyjach i pociągłych twarzach. Za życia malarza, jego dzieła nie przyniosły mu sławy, uznania czy pieniędzy. Artysta żył w biedzie, ale czerpał pełnymi garściami z uroków życia. Zmarł w wieku 36 lat na gruźlicę. Portretowana Lunia Makowska po ukończeniu gimnazjum w Krakowie wyjeżdża do Paryża gdzie poznaje swojego przyszłego męża Kazimierza Czechowskiego. Po wybuchu I wojny światowej młodzi odcięci od pozostałej w kraju rodziny nawiązują stosunki z emigrującymi artystami. W tym środowisku poznają Amadeo Modiglianiego, któremu bardzo przypadła do gustu Lunia. Malarz malował ją wielokrotnie, powstało około czternastu jej portretów, a ona sama stała się przyjaciółką artysty na długie lata. Znała doskonale żonę malarza, którą opisała w swoich wspomnieniach jako skromną, uległą i oddaną mężowi. Dzień po śmierci męża, żona Amadeo wyskoczyła przez okno, popełniając samobójstwo i osierocając jedyną córkę.



 

Edward Munch 0

 

Edward Munch genialny artysta, szalony neurotyk i jeden z moich ukochany artystów. Opowiem dziś Wam trochę o jego życiu, bo tak się składa, że właśnie czytam kolejną biografię artysty. W telegraficznym skrócie:

Jako mały chłopiec objawił swój talent, kiedy to podczas spaceru z ciotką zauważył pochód osób niewidomych. Tak bardzo zawładną nim ten widok, że po powrocie ze spaceru, chwycił kawałek węgla i na podłodze w pokoju namalował to czego był świadkiem. Pierwszy obraz olejny stworzył w wieku 17 lat. Mniej więcej w tym samym czasie podjął decyzję o tym, żeby zająć się malarstwem zawodowo. Zaczął uczyć się w Królewskiej Norweskiej Szkole Rysunku i Sztuk Pięknych w Kristianii, której założycielem był jego krewny Jacob Munch. Po ukończeniu szkoły zajął się wykonywaniem drobnych zleceń i rysowaniem ilustracji do gazet. Ponieważ nie stać go było na kontynuowanie nauki na studiach zagranicznych, uczył się sam. Czerpał inspirację ze wszystkiego co go otaczało, rysował wnętrza, portrety, ptaki, części ciała, przedmioty. Wkrótce jego prace zaczęły odbiegać od uznanych kanonów, zaczęły być bardziej nierzeczywiste, co nie wszystkim się podobało. Obrazy artysty zaczęły pojawiać się na wystawach, zarówno w kraju jak i za granicą, ale recenzje jego prac były raczej mało entuzjastyczne, a wrażliwość i sposób postrzegania świata, który prezentował na płótnach, nie zrozumiała. Edward wzrastał w obliczu wielu osobistych tragedii. Matka malarza umarła kiedy ten miał pięć lat, potem ciężko chorowała ukochana siostra aż wreszcie i ona odeszła. Sam Edward też był lichego zdrowia, w wieku 15 lat zaczął pluć krwią co było oznaką gruźlicy. Śmierć i lęk przed nią i przed utratą tych których kocha był stale obecny w życiu malarza. Widać to doskonale w jego pracach. O malarzu zrobiło się głośniej kiedy to na jednej z wystaw został pokazany obraz jego obraz pt „Chore dziecko”, przedstawiający rudowłosą dziewczynkę leżącą w łóżku i pochylająca się w niemej rozpaczy obok, kobietę -matkę. Dzieło malowane wyraźnymi pociągnięciami pędzla, szpachlą, widać na płótnie wyraźnie rysy, fakturę, przy jednoczesnym zatarciu szczegółowości. Dekadę później Edward namalował „ Śmierć w pokoju chorego”, podobne zdarzenie, ale pokazane całkiem inaczej. Artysta zabiegał o możliwość pokazania swoich prac, niestety nie spotykały się one z zachwytem publiczności, ale doprowadziło to do tego, że zaczęto mówić o Munchu. Po swojej pierwszej wystawie w Berlinie, która została okrzyknięta skandalem, a obrazy Muncha obrazoburczymi, zaczął malować cykl „Fryz życia”. Do serii obrazów z cyklu należą między innymi „Zazdrość”, „Wampir”, Pocałunek”, „Madonnai najsłynniejsze dzieło - „Krzyk. Kilkuletni pobyt w Berlinie to najbardziej płodny kres w jego życiu. Edward namalował wówczas te obrazy, które stały się wizytówkami jego twórczości. „Krzyk” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów. Ciekawostką jest fakt, że inspiracją Muncha do namalowania nieba w czerwieni na owym obrazie, prawdopodobnie był wybuch wulkanu, który wtedy właśnie się uaktywnił. Wrażliwy malarz z zachwytem przyglądał się temu zdumiewającemu zjawisku, o czym zresztą pisał potem w licznych listach do przyjaciół.

Życie osobiste malarza było nader skomplikowane, pełne pięknych kobiet, które garnęły się do artysty zwabione jego przystojną postawa ale również aurą tajemniczości i fatalizmu, która go otaczała niezmiennie. O burzliwych romansach Edwarda i o tym jak to wszystko wpływało na jego malowanie, napiszę Wam następnym razem, a uwierzcie mi jest o czym pisać:)

 

 

czytaj całość »
Chwila wytchnienia z książką 0
Chwila wytchnienia z książką

 

Nie samą sztuką człowiek żyje. Czasami trzeba od pędzli trochę odsapnąć i sięgnąć po dobrą lekturę. Dostałam w prezencie od przesympatycznej krakowianki książkę Rossa Kinga „ Leonardo i Ostatnia Wieczerza”. Kto nie czytał gorąco polecam. Napisana przystępnym językiem, przybliża w prosty sposób postać bossskiego artysty odzierając go delikatnie z mgiełki tajemniczości. Leonardo to jedna z najbardziej zagadkowych postaci historii sztuki. Opowieści o jego homoseksualizmie, niesłowności i niewyobrażalnym geniuszu rozpalają do czerwoności ciekawość i sprawiają, że mamy potrzebę bliższego poznania tej barwnej postaci. Autor przedstawia nam go jako sympatycznego człowieka, bardzo ambitnego, uwielbiającego swoją prace, ale także rozrzutnego i skorego do zabawy. Możemy też dowiedzieć się wielu ciekawostek z życia zawodowego Leonardo: „Rzeźbiarz sprawiał wrażenie przygotowanego do eksperymentowania z różnymi metodami: robienia form z rzecznego piasku zmieszanego z octem, zwilżania odlewów olejem lnianym bądź terpentyną oraz sporządzania pasty z białka, ceglanego pyłu i domowych śmieci. Być może rozważał nawet użycie dość niekonwencjonalnego składnika, ponieważ jeden z jego szkiców konia zawierał naniesione na poczekaniu spostrzeżenia o udanych skutkach chemicznych spalania ludzkich odchodów...”. Nie wiem czy wiecie, ale Leonardo był świetnym PR-owcem wcześniej niż było to modne:) Otrzymawszy zamówienie na pomnik, odlany w brązie, przedstawiający jeźdźca ( Francesca Sforze) na koniu, Leonardo założył, że posąg będzie ogromny, bo sam koń miał mieć siedem metrów wysokości, czyli trzy razy tyle co w rzeczywistości. Był to bardzo odważny i bezprecedensowy pomysł. Jeden ze współczesnych napisał, że „ powszechnie uważany za niemożliwy”. Ponieważ ten trudny zamiar pochłaniam mnóstwo czasu, zleceniodawca zaczął wątpić czy uda się ów pomnik skończyć. Wobec tych wątpliwości Leonardo postanowił odważnie stworzyć kampanię promocyjną. Zamówił u zaprzyjaźnionego poety wiersz sławiący cudowność projektu jak i samego artysty. W ten sposób uciszył nieco lęki zleceniodawcy. Nad pomnikiem pracował osiem lat, aż w końcu z powodów różnych, także społeczno-politycznych, odłożył pracę nad dziełem. Te i wiele innych ciekawych historii wciągnęły mnie bez reszty i myślę, że zajmą mi jeszcze nie jeden wieczór.

 

 

 

 

 

 

czytaj całość »
Podsumowanie 0
Podsumowanie

 

Rok temu, we wrześniu, założyłam Pracownię z ogromnym drżeniem serca, o to, co będzie ale również pełna zapału i odwagi w sięganiu po marzenia. Czas na podsumowanie. To był na prawdę pracowity rok. Zaczęło się od założenia w sieci sklepu. Potem było dużo potu i łez przy projektowaniu witryny internetowej, pierwsze sprzedaże, pierwsze zamówienia i wiele emocji z tym związanych. Niedługo później zostałam zaproszona do Krakowskiego Klubu Wtorkowego aby poopowiadać o swoim malowaniu i o tym co skłoniło mnie do podjęcia decyzji o zostaniu artystą malarzem na cały etat. Spotkanie było przesympatyczne i zaowocowało wieloma ciekawymi znajomościami. Potem z poznanymi w Klubie malarkami, zorganizowałam wystawę w Centrum Sztuki współczesnej Solvej w Krakowie. W międzyczasie brałam udział w kilku konkursach graficznych, rysowałam komiksy, portrety, zamówione obrazy, kopie etc. Moje ilustracje ukazały się Sześciostrzałowcu, w magazynie Biały Kruk, jednocześnie dostałam propozycję zilustrowania książki fantasy. W międzyczasie odbyła się wystawa moich prac w Pałacu Raminów pod Szczecinem. Zostało tam zorganizowane wyjątkowe widowisko teatralne aby zaprezentować moje obrazy. Potem była Piła, gdzie wystawę moich prac obejrzało 1,5 tys osób, miałam tam również prelekcję o mroku w grafice. Kolejna wystawa w Krakowie tym razem w Centrum Kultury Podgórza Ośrodek Ruczaj. Jest wrzesień a ja w swoim kalendarzu do końca roku mam zaplanowane jeszcze sześć artystycznych wydarzeń. Słowem dzieje się, co mnie nastraja optymistycznie i daje siłę do pokonywania kolejnych trudności postawionych na mojej drodze. Dziękuję Wam moi znajomi, przyjaciele, rodzino, że ze mną jesteście, bo bez Was nie udałoby mi się przetrwać tego roku i z takim optymizmem zaczynać kolejny rok w Pracowni...

 

Królowa gaf... 2
Królowa gaf...

Ostatki. Jak co roku bawiłam się na balu karnawałowym organizowanym przez Caritas. Tegoroczny bal, jednak był szczególny, bo Pan Marek, główny organizator, zwrócił się do mnie z prośbą o podarowanie obrazu na aukcję, która jest nieodłączną częścią zabawy, a fundusze zebrane wówczas, w całości przekazywane są na cele charytatywne. Oczywiście zgodziłam się, bo to ogromne wyróżnienie dla mnie, a sama świadomość tego, że w ten sposób pomagam, radością wypełniła moje egoistyczne wnętrze. Musiałam się tylko zdecydować, który obraz mam na ten szlachetny cel przeznaczyć. Obejrzałam swoje twory i stwierdziłam, że nie ma tam nic godnego tak ważnej misji. Postanowiłam zatem usiąść do sztalugi i przez ten krótki czas ( tydzień ) stworzyć arcydzieło, które podbije serca balowiczów i będzie perłą wśród licytowanych przedmiotów. Jak postanowiłam, tak też próbowałam zrobić. Namalowałam baletnicę, panienkę delikatną i zwiewną, na różowo niebieskim tle. Całość tak słodka i urocza, że aż mogą rozboleć zęby. Ponieważ obraz malowany farbami olejnymi schnie troszkę dłużej, niż malowany farbami wodnymi, przekazując te cukrową panienkę uprzedziłam pana Marka, że farba jeszcze mokra, żeby gdzieś nieopatrznie jej nie oparł rozmazując tym samym różową tanecznicę. Obraz został bez szwanku przewieziony i wyeksponowany na sali tak, że witał swoją niezwykła urodą, każdego z wchodzących gości. A goście w tym roku dopisali jak nigdy. Do tańca przygrywał nam najlepszy łochowski zespół, sala wypełniona po brzegi, było tak miło, że przez chwilę zapomniałam o tym, co mnie jeszcze czeka. A musicie wiedzieć, że ja jestem strasznie nieśmiała i każdy występ publiczny, czy nawet zwykła rozmowa, z osobą przy której nie czuje się bezpiecznie, jest dla mnie ogromnym stresem. Zaraz pewnie powiecie, że nieśmiałość jest urocza, oczywiście mając na myśli zaróżowione policzki i niepewny uśmiech na twarzy. Niestety, w rzeczywistości jest tak, że kiedy się zdenerwuję albo nie daj boże zawstydzę, to zachowuję się jak niedorozwinięta fasolka, jąkam się i nie potrafię sklecić choćby jednego sensownego zdania. Zwykle w takich sytuacjach nic nie mówię, albo mówię cokolwiek i nie wiem co jest gorsze. W takim właśnie stresie dotrwałam do kulminacyjnego momentu ( dla mnie oczywiście) czyli licytacji mojego obrazu. Kiedy został sprzedany zostałam poproszona o uściśnięcie dłoni szczęśliwemu nabywcy. Poszłam więc, niepewnym krokiem, na wysokich obcasach, w sukni z gołymi plecami, czując na sobie spojrzenia imprezowiczów co bynajmniej nie napawało otuchą. Idąc, przypomniałam sobie, że przecież pan Marek nie uprzedził kupującego, że obraz być może nie wysechł jeszcze do końca i że trzeba uważać, aby farba się nie rozmazała. Postanowiłam sama mu o tym powiedzieć. Dziarsko do szczęśliwca podeszłam, uścisnęłam jego prawicę i nachylając się mu do ucha wyszeptałam bezmyślnie: „ Ona jest jeszcze wilgotna...” po czym spojrzałam wymownie w jego oczy. Całkiem nie mogłam pojąć nieopisanego zdumienia jakie ujrzałam na jego twarzy. Uśmiechnęłam się przeto promiennie, odwróciłam na pięcie i wróciłam na swoje miejsce. Dopiero po trzecim łyku kawy dotarło do mnie, jak też mogły zostać odebrane moje słowa i skąd to niebotyczne zdziwienie. Widząc ogrom swojej gafy, zawstydzona okrutnie, postanowiłam zrobić jedyną możliwą do zrobienia w zaistniałej sytuacji rzecz- uciec. Zabrałam płaszcz i torebkę, modląc się żarliwie, żeby nie spotkać przypadkiem tegoż człowieka, któremu niechcący tak nieprzyzwoite propozycje składałam, bo nie miałabym odwagi ponownie spojrzeć mu w oczy. Jak widzicie, ostatki spędziłam w bardzo emocjonujący sposób, myślę, że wystarczy mi tego rodzaju przeżyć co najmniej do przyszłego roku. A Wy dobrze się bawiliście?

 

czytaj całość »
Kraków w biegu 2
Kraków w biegu

 Byłam niedawno w królewskim mieście Krakowie, na chwilkę, zaledwie dwa dni. Jak rasowa turystka chciałam wszystko zobaczyć, obejrzeć kościoły, galerie, muzea... Zaczęłam od Kościoła Mariackiego. Stałam pośrodku z zadartą głową, przymrużonymi oczyma wpatrując się w rozgwieżdżoną noc sklepienia, obserwując promienie rozpraszające się w kolorowych szkiełkach witraży, złoceń i polichromii. Wciągając pełną piersią atmosferę tego niezwykłego miejsca, próbowałam zapamiętać zapachy i wrażenia, po to by móc, kiedy zechcę, zamknąć oczy i wrócić tu znowu. W wyobraźni widziałam Wita Stwosza pochylającego się nad figurą Matki Bożej i jednocześnie (najpewniej przez zapętlenie czasu:) ) Stanisława Wyspiańskiego do spółki z Józefem Mehofferem na rusztowaniu w trakcie malowania polichromii i zadumanego Jana Matejkę obserwującego postęp prac. Wokół mnóstwo ludzi krzątających się cichutko, podglądających pracę wielkich. Noooo... może nie do końca tak to widziałam, ale tak chcę to zapamiętać:).W każdym razie, jeszcze długo po wyjściu drżały mi ręce.

Odwiedziłam także kościół Franciszkanów z witrażami Wyspiańskiego, m.in. z zachwycającym „Bogiem Ojcem”, obrazami przedstawiającymi Mękę Pańską pędzla Józefa Mehoffera a także Kościół Świętych Piotra i Pawła, co prawda zamknięty dla zwiedzających, ale z ciasnego przedsionka dało się ciekawskim okiem dostrzec to i owo, przy dźwiękach organowej muzyki. Całkiem jakby drzwi kościoła były wrotami do innego świata. Oczywiście nie mogłam nie pójść do Katedry na Wawelu, przespacerować się Plantami, przysiąść na ławeczce obok Barbakanu aby na koniec przycupnąć gdzieś w ciepłej kawiarence i przy aromacie świeżo parzonej kawy pomyśleć o wszystkich widzianych wspaniałościach. Z gorącym napojem w reku, zasłuchana w szmer życia, zastanawiałam się czemu tak bardzo boimy się ciszy? We wszystkich miejscach, które swoim majestatem zmuszają do chwili kontemplacji, słuchać rozmowy, dźwięki telefonów, emocjonalne dyskusje (bynajmniej nie o sztuce, choć i te byłyby nie na miejscu) Czemu przez chwile bodajże nie jesteśmy w stanie wspólnie patrzeć na coś i bez słowa napawać się pięknem, odczuwać każdą komórką swojego ciała tę wyjątkową atmosferę. Słowa wtedy są wręcz szkodliwe. Każdy inaczej reaguje na piękno, przeżywa po swojemu, ale szanujmy się nawzajem.

P.S. Zdjęcie zrobione na ulicy Dolnych Młynów w Krakowie. Moim zdaniem fotografia trafnie ilustruje to królewskie miasto.

czytaj całość »
Wspomnieniowe podróże cd 1
Wspomnieniowe podróże cd

Nie wiem jak wy, ale ja, kiedy przyjdzie wyczekany weekend najchętniej pakuję aparat fotograficzny, szczoteczkę do zębów i ruszam w nieznane. Podczas jednego z wielu takich wypadów postanowiłam zwiedzić Liw. To wieś położona 70 km na wschód od Warszawy. Przeczytałam co nieco o historii tego miejsca i koniecznie chciałam je zobaczyć. W XV wieku na lewym brzegu rzeki Liwiec wybudowano, na sztucznie usypanym wzniesieniu, gotycki zamek, najmniejszy ze wszystkich zamków na Mazowszu. Był przystosowany wyłącznie do potrzeb militarnych. Obok zamku stał nieduży Dom Książęcy i zabudowania gospodarcze. Wszystko otoczone murami obronnymi, wysokimi na 6 metrów z mostem zwodzonym i Wieżą Bramną. W XVI w. został przebudowany, mury podniesiono do 12 metrów a dom i Wieżę Bramną rozbudowano. Mimo niedostępności terenu i cech obronnych grodu, w czasach potopu szwedzkiego, został zniszczony. Ruiny zamku straszyły, aż do pierwszych prac zabezpieczających, których dokonano dopiero po I wojnie światowej. Jednak nie zdołano przywrócić mu dawnej świetności. W czasie II wojny światowej, zniszczonym grodem zainteresowały się niemieckie władze okupacyjne, na skutek mylnej informacji, jakoby zamek miał krzyżackie pochodzenie, a zatem jako relikt chwały germańskiej powinien być odrestaurowany. Kiedy jednak prawda historyczna wyszła na jaw, odstąpiono od jego odbudowy. Ciekawostką jest fakt, że cegły z murów zamku miały posłużyć do budowy obozu zagłady w Treblince. Dopiero po wojnie, dzięki działaniu lokalnych społeczników zamek został odbudowany i otwarty dla zwiedzających.

Odwiedziłam Liw wiosną, właśnie wtedy, kiedy na zamku odbywał się coroczny Turniej Rycerski o Pierścień Księżnej Anny. Wierzcie lub nie, ale kiedy weszłam na plac zamkowy poczułam się jak w bajce. Wokół zaroiło się od dam dworu, służek, giermków i - nie uwierzycie- rycerzy w zbrojach. Naprawdę. Z nadzieją wielką rozglądałam się za tym jedynym na białym koniu, plując sobie w brodę, że tak łatwo przestałam wierzyć w bajki, ale niestety się nie pojawił. Zapewne przestraszył się konkurencji. A było czego się bać. Rycerze bowiem jak to w męskim jest zwyczaju wzięli się zaraz za czuby, pojedynkując się ku uciesze mojej i reszty gawiedzi. Całe podzamcze wypełnione było ludźmi w strojach z epoki, pod murami rozstawione były kramy z pokazami dawnego rzemiosła, można było popatrzeć jak powstawał dawny przedmiot i z czego, można było także go kupić! Chłopcy mali i duzi mieli szczęście w oczach kiedy od straganu do straganu biegali z łukami, strzałami i tarczami ze skóry, dziewczynki radośnie przymierzały wianki i stroje, uczyły się szyć dratwą i lepić z gliny. Zacięte walki rycerskie trwały długo, potem były pokazy konnicy i sokolnictwa, a na koniec tańce. Wszystko to podziwiałam siedząc w niewielkiej odległości, na drewnianej ławie z napojem chmielowym w ręce, który można było tam nabyć, podobnie jak każdy rodzaj fast foodu wchłaniany ukradkiem przez wyczerpanych pojedynkami na miecze rycerzy.

Kiedy już nasiąkłam całą rycerską atmosferą, postanowiłam zwiedzić zamek. W Muzeum Zbrojowni podziwiałam bogatą kolekcję militariów zarówno średniowiecznych jak i tych pochodzących z czasów II wojny światowej, zachwyciły mnie portrety z XVII i XVIII w. przedstawiające osoby z rodu Ossolińskich i Załuskich. Oczywiście z zamkiem związane są legendy, które rozpalają wyobraźnie nie tylko młodych podróżników. Jedna z nich opowiada o Żółtej Damie, która została zabita z rozkazu zazdrosnego męża. Podobno duch zamordowanej kobiety aby dowieść swojej niewinności do dziś dnia pojawia się w czasie pełni.

Nie mogłam odmówić sobie też wizyty w miasteczku leżącym nieopodal Liwa w Węgrowie. Tam, w zakrystii kościoła parafialnego, oprócz portretów dostojników kościelnych, przechowywane jest lustro związane z legendą o Panu Twardowskim, wykonane z białego metalu i oprawione w czarną ramę na której widnieje napis „Bawił się tym lustrem Twardowski, magiczne sztuki czyniąc, teraz przeznaczone jest na służbę Bogu”. Istnieje, aż pięć legend związanych z tym magicznym przedmiotem. Jedna z nich opowiada o pewnej studentce, która w roku 1980 bez pytania o zgodę przejrzała się w lustrze. Zobaczyła w nim swoje oblicze pokryte ciemnymi smugami. Podobno w okresie stanu wojennego ta kobieta została skazana na więzienie, zatem smugi na jej twarzy miały symbolizować kraty.

Węgrów, to także miasto wielu zabytków, warto poświęcić trochę czasu aby zobaczyć wybudowany w ciągu jednej doby w 1976 r. ( to były czasy) modrzewiowy kościół ewangelicki, czy też barokowy Dom Gdański, przyklasztorny browar a także budynek manufaktury. Z każdym z tych miejsc wiążą się ciekawe historie,warto je poznać, warto pamiętać.

Wróciłam zmęczona ale szczęśliwa do domu, po drodze planując kolejną wyprawę.

czytaj całość »
Wspomnieniowe podróże 1
Wspomnieniowe podróże

 

Urle to jedna z najbardziej znanych, miejscowości wypoczynkowych, położona nad rzeką Liwiec, otulona lasami i usiana mnóstwem domków letnich. Rokrocznie zjeżdża tu setka turystów, po to, aby na łonie natury odpocząć od codziennej gonitwy, aby w ciszy, z dala od zgiełku wielkiego miasta, wsłuchać się w odgłosy natury, iść na spacer do lasu, nazbierać jagód czy grzybów, natykając się co i raz na sarenkę albo zajączka, które zdziwione obecnością człowieka, szybciutko czmychają w zarośla. To urokliwe miejsce kusi, także znanych aktorów, dziennikarzy czy malarzy, którzy uwiedzeni niesamowitością tej mazowieckiej wsi, spędzają tu lwią część ciepłych miesięcy. Skoro tylko słońce, ukaże swój pierwszy promyk nad widnokręgiem, zaczyna się wspaniała kanonada odgłosów natury. Pierwsze zaczynają żaby, rechocząc radośnie, świergotowi ptaków wtóruje gra świerszczy a wszystko okraszone jest dalekim szczekiem rozespanych, stróży domowych. Potem, powoli zaczynają rozbudzać się przyjezdni letnicy i nagle cichutkie miejsce zamienia się w gwarną wieś. W upalne dni ludzie wylegają masowo nad rzekę. Brzeg Liwca ubiera się wtedy przepięknie, w wielokolorowe ręczniki, torby plażowe czy parasole, woda zmącona jest od ludzkich ciał, powietrze zaś, niesie daleko śmiech i głosy bawiącej się gawiedzi.

O atrakcyjności Urli, oprócz oczywistych walorów przyrodniczych, decyduje, także bliskość i dostępność stolicy, przez tę wieś bowiem, przebiega linia kolejowa, co sprawia, że w ciągu godziny możemy się przenieść z cuchnącej spalinami Warszawy, na łono natury. Na co dzień, zamieszkują tu 482 osoby, stanowiące esencję tej miejscowości. We wsi prężnie działa kilka sklepików, szkoła podstawowa i Liceum Policyjne - jedyna w okolicy szkoła o tym profilu. W centrum, położony w lasku sosnowym stoi nieduży kościółek, który jest sercem kulturalnym tej małej miejscowości. Latem bowiem, kiedy słońce chyli się za korony drzew, turyści wespół z mieszkańcami, jak jeden mąż, podążają właśnie do małego kościółka, tam czekają już na gości rozstawione ławy, przygotowana scena, na której za chwile pojawią się artyści. I to nie byle jacy. Ksiądz proboszcz bowiem, zaprasza do kulturalnej uczty takie sławy jak Krystyna Prońko, Ewę Błaszczyk, Jerzego Połomskiego, Izabelę Trojanowską i wielu, wielu innych. Tam właśnie, wśród sosnowego lasu, w przebłyskach zachodzącego słońca, na wypełnionym po brzegi, zasłuchanymi ludźmi, placu przykościelnym, przeżywa się wielkie emocje. Koncerty jazzowe, muzyki klasycznej, śpiew solistów, czy sztuki teatralne to jednak nie wszystko co proponuje nam Stowarzyszenie Przyjaciół Kultury w Urlach, działające przy kościele. Odbywają się tam również, różnego rodzaju kiermasze, na których artyści różnych dziedzin, mogą zaprezentować swoje małe i wielkie dzieła. Sześć lat temu, kiedy pomysł rozkwitał dopiero, lokalni rzemieślnicy królowali ze swoimi straganami, ale z biegiem czasu, zaczęli przybywać ze swoim rękodziełem, ludzie z całej Polski a nawet z zagranicy. Nic dziwnego zatem, że zainteresowanie tymi kulturalnymi imprezami wyludnia brzeg Liwca. Wszyscy spieszą, żeby na kiermaszu zobaczyć przepiękne koronki, także te z Koniakowa, popatrzeć jak lepi się garnki z gliny, obejrzeć obrazy rozstawione między drzewami czy podpatrzeć rzeźbiarzy, wyczarowujących kolejne, drewniane cudeńka. Obok, jak zawsze, rozstawiony kram ze starociami, też cieszy się niemałym powodzeniem. Zmęczony turysta, obezwładniony nadmiarem wrażeń estetycznych, może usiąść w jednej z kilku altanek i posilić się, podczas kiedy dziatwa, tuż obok, ma możliwość dalej dokazywać na przykościelnym placu zabaw, albo obserwować hodowane pawie, osły i inne zwierzęta, bądź podziwiać drewniane, ręcznie rzeźbione, figurki.

Wieczorem sosnowy lasek pustoszeje, zewsząd napływa, apetyczna woń grillowanych przysmaków, słuchać nawoływania matek i pohukiwania puszczyków, oraz delikatny trzepot nietoperzowych skrzydeł.

 

czytaj całość »
O pozytywnym wpływie deszczu i chandry na artystyczną kreatywność, czyli co malować żeby namalować:) 1

Miałam piękny sen, pełen światła ciepła koloru i tego nieuchwytnego uczucia błogości które zaraz po przebudzeniu znika bezpowrotnie. Za oknem wszystko ponure jak z „Gry o tron”, nawet jesień zapomniała o kolorach, więc ja natychmiast robię się gradowa jak chmura za oknem. Zimno, a ja jestem strasznie ciepłolubnym stworzeniem, nie umiem się skupić jeśli temperatura w domu jest mniejsza niż dwadzieścia dwa stopnie. Z moich wspomnień sennych nic nie zostało, nawet mgiełka tego rozkosznego porannego rozleniwienia. Trzaskające drwa w kominku wyrywają mnie z odmętów czarnych myśli. Siadam do sztalug, jak co dzień. Dziś zamówione portrety dla małżeństwa i osobny dla ich dwuletniego synka. Rysuje, rysuję i rysuję a ponieważ nie jestem, z efektów zadowolona, odkładam. Zabieram się za inne zamówienie, pełne kolorów, ciepła i pasji, przedstawia kobietę i mężczyznę w bardzo symbolicznej odsłonie z emblematami miłości, pokoju, szczęścia. Ale nawet praca przy takim optymistycznym obrazie nie sprawia, że świat robi się dziś bardziej przyjazny dla mnie. Wyglądam za okno. Ponuro, deszcz pada, wiatr strąca kapelusze. Nie mam ochoty nawet na krótki spacer. Siadam przy biurku. Biorę czystą kartę i bazgrolę sobie. Koło, potem drugie, bez zamysłu, bez większego sensu, rysuję to co mam dziś w duszy to czego wypowiedzieć nie potrafię. Myślę o życiu, o troskach, tych, z którymi na pewno sobie poradzę i o tych, na które nie mam większego wpływu. Ołówek sam tańczy wsparty moją dłonią. Cienie, kreski i kropki znajdują miejsce dla siebie na białym licu karty. Przypominam sobie wszystkie szanse, które gdzieś przepadły przez moje lenistwo, strach czy brak wiary w siebie. Patrzę na bazgroły na kartce i nagle widzę, z nieregularnych kształtów wyłania się jakiś kosmiczny pojazd i sylwetka robota a w tle miasto apokaliptyczne, może to wizja jakieś masakrycznej zagłady... I nagle olśnienie! Stworzę steampunkowy świat, inny o każdej porze roku, ba nawet inny każdego miesiąca. Wiem ! Zaprojektuje kalendarz I z wypiekami na twarzy zaczynam rysować pierwszy projekt. Plucha za oknem już w niczym mi nie przeszkadza. O czarnowidztwie uprawianym przed chwila już nie pamiętam. Jestem szczęśliwa bo wiem, że jestem we właściwym miejscu i robię to co kocham.  

czytaj całość »
Frida Kahlo i Diego Rivera - wystawa malarstwa w Poznaniu 0
Frida Kahlo i Diego Rivera - wystawa malarstwa w Poznaniu

Od 28 września w Poznaniu w Centrum Kultury Zamek podziwiać można wystawę twórczości Fridy Kahlo. Artystka cieszy się sławą na całym świecie. Znana jest głównie jako komunistka, silnie związana z ruchem feministycznym. Łamała konwenanse, szokowała. Urodziła się w Meksyku w 1907 roku a zmarła w 1954. Przez całe swoje 47 letnie życia odczuwała ból, czego wyraz dawała w swojej twórczości.. Mając 6 lat zachorowała na polio, w wieku 18 lat przeżyła straszny wypadek komunikacyjny, który wpłynął na całe jej życie. W wyniku zderzenia autobusu z drezyną, połamała kręgosłup, miednicę, obojczyk, żebra, prawą nogę miała złamaną w jedenastu miejscach, zwichnięta stopę i ramię, a na dodatek pręt autobusowy przebił jej podbrzusze i macicę. Niewysłowiony ból z jakim musiała się zmagać przelewała na płótno. Tworzyła głównie autoportrety, barwne, przesycone cierpieniem i niedoskonałością ludzkiego ciała, bardzo osobiste. Malowała to, czym żyła, malarstwo było dla niej swoistą terapią. Jej życie to przykład ciągłej walki głównie z własnymi słabościami. Ogromne, niemożliwe do spełnienia, pragnienie bycia matką i jej wielka miłość do Diega sprowokowały te słowa: „ W swoim życiu przeżyłam dwa wypadki. Jeden to autobus, który mnie połamał, drugi to Diego. Diego był tym gorszym” Mimo, że jej sposób postępowania i przekonania są tak dalekie od moich, to jej życie stanowi dla mnie wielką inspirację. Udało jej się być jednocześnie słabą i silną, delikatną i mocna, zależną i wolną, cały czas pozostając autentyczną i wierną sobie. Ciekawa jestem jej obrazów, dlatego w najbliższym czasie jadę do Poznania obejrzeć wystawę. A Wy już byliście?

Akwarelą malowane, czyli jak pokonać chandrę 2
Akwarelą malowane, czyli jak pokonać chandrę

No i przyszła Pani Jesień. Zwykle plucha potrafi mnie wpędzić w naprawdę podły nastrój. Nachodzą mnie czarne myśli i na nic nie mam ochoty. Snuję się po domu z kubkiem herbaty i wyglądam przez zapłakane okna, a obrazy które maluję wtedy są zwykle w klimatach Beksińskiego. W tym roku jednak, postanowiłam nie dać się chandrze. Mój sposób jest prosty: wstaję raniutko, rozpalam w kominku, ( bo ogromnie lubię słuchać jak palące szczapki drewna trzaskają wesoło, no i lubię patrzeć w płomień), parzę sobie kawę i siadam do malowania. Na paletę nakładam tylko jasne, wesołe kolory i wyczarowuje wielobarwne, wiosenne kwiaty. To naprawdę świetnie działa. Moja pracownia tętni budzącymi do życia barwami a uśmiech sam wskakuje na wargi. Po takim kolorowym odtruciu mogę znów góry przenosić, tyle mam energii. Ostatnio rozkochałam się w akwarelach. To dla mnie stosunkowo nowe doświadczenie, bo wcześniej głównie malowałam farbami olejnymi. Zachwyca mnie w tej technice sposób łączenia barw. Uwielbiam patrzeć jak jeden kolor wnika w drugi jak pięknie rozchodzi się barwa i maluje papier niczym dziadek mróz szybę. Sam proces tworzenia jest wyjątkową ucztą dla oka i duszy:). Chociaż muszę przyznać, że początki były dość trudne. Wydawać by się mogło,że to bardzo prosty sposób malowania. Nic bardziej mylnego. Przy farbach olejnych, które długo schną, można zrobić tysiące poprawek, a nad jednym obrazem pracować miesiącami. W akwareli tak się nie da. Ilość poprawek ograniczona. Zresztą popatrzcie sami jak wyglądają moje zabawy z akwarelami. Na zamieszczonym filmiku widać jak maluję moje ulubionych Irysy (Kosaćce jak kto woli). https://www.youtube.com/watch?v=8ZjMtAHPfdw&t=14s A jakie są Wasze ulubione kwiaty?

czytaj całość »
Kot a wena twórcza, czyli jak namalować, żeby nie zwariować. 2
Kot a wena twórcza, czyli jak namalować, żeby nie zwariować.

Wydawać by się mogło, że dla artysty przeszkodą w tworzeniu może być brak weny, chandra, złą pogada etc. I być może tak jest, ale nie u mnie. U mnie powód jest bardziej prozaiczny. A wszystko zaczęło się od małego, puchatego kotka. Filemon zadomowił się u nas dość szybko. Pokochaliśmy go od razu wszyscy, bo trudno się było oprzeć takiej małej kulce z wielkimi gałami. Sama słodycz po prostu. Kotek rósł i początkowo nie było z nim większych kłopotów. Mieszkał w domku, na dwór nie wychodził i żyli byśmy długo i szczęśliwie gdyby nie to, że któregoś razu wiosną, postanowiliśmy pokazać kawałek świata naszemu pupilowi.  

czytaj całość »
Jak powstaje obraz olejny ... z przymrużeniem oka:) 2
Jak powstaje obraz olejny ... z przymrużeniem oka:)

Rano godzina szósta, dzwoni budzik. Zaspana przecieram oczy, przeganiając ostatnie senne wspomnienie. Zaraz, zaraz... szósta? Po co to ja nastawiłam ten przeklęty budzik na tak pornograficzną godzinę... nagle sobie przypominam, że przecież wybrałam wolny zawód, bycie artystką, malarką, więc trzeba wstać, zlecenia same się nie załatwią, obrazy same nie namalują. A ponieważ kocham to co robię, to mimo wczesnej godziny i zaspanych oczu, wstaję wesoło, nastawiam wodę na kawę. Z aromatycznym, budzącym napojem w ręku, ubrana w piżamę, gruby sweter i dwie pary ciepłych skarpetek idę do pracowni. Szczęśliwa, myślę sobie jak ja mam dobrze, rzadko kto może iść do pracy w piżamie:) O siódmej moja latorośl budzi się z nieco mniejszą radością i szykuje do szkoły. Kiedy już dziecię zostanie wyprawione w świat, ja zadowolona siadam do pracy. Mam cały dzień na malowanie, ale zaczynam od poczty, witam się ze znajomymi na facebooku, odpisuję klientom, taka zwykła bieżączka. Po czym rozstawiam swoje narzędzia do malowania: farby, pędzle, blejtram, sztalugi. Robię sobie herbatkę, na wszelki wypadek zamykam drzwi do pracowni i siadam do malowania. Jestem szczęśliwa.

czytaj całość »
Ja, czyli kto... 0
Ja, czyli kto...

Dzień dobry.


Ciesze się, że mogę Cię gościć u mnie. Poznajmy się.

Zapraszam serdecznie do czytania mojego bloga.
Znajdziesz tu opisy mojej codziennej pracy nad warsztatem,
zmagania z twórczą niemocą i innymi artystycznymi przypadłościami.
A także garść historii sztuki, anegdoty i ciekawostki o znanych i mniej
znanych artystach, a także, a może przede wszystkim, swoisty
turystyczny przewodnik, czyli co i gdzie warto zobaczyć.
Gorąco zachęcam także do pisania do mnie.
Z radością odpowiem na każdy mail:  shop@annaboguniecka.pl

Ania

czytaj całość »
Newsletter
Podaj swój adres e-mail, jeżeli chcesz otrzymywać informacje o nowościach i promocjach.
do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl